[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

ALISTAIR MACLEAN SIMON GANDOLFI

ZŁOTA ZEMSTA

PRZEŁOŻYŁ GRZEGORZ WOŹNIAK

TYTUŁ ORYGINAŁU: GOLDEN VENGEANCE

(THIRD IN ALISTAIR MACLEAN'S GOLDEN GIRL SERIES)

PODZIĘKOWANIA

Serdecznie dziękuję Marii Nielsen za cierpliwość, zachętę, a nade wszystko za cenną dokumentację dotyczącą Filipin. Dziękuję także Beldonowi Butterfieldowi za gościnność i pomoc, jaką mi okazał w Mexico City, gdy powstawał drugi szkic niniejszej książki. Słowa wdzięczności kieruję również do pracowników American Airlines, moich wspaniałych przewodników po labiryntach niezliczonych międzynarodowych portów lotniczych.

Dla Antony'ego i Caroline w prezencie ślubnym

PROLOG

W rękach ściskał snajperski manlicher kaliber .9. Był niewielkiego wzrostu. Mówiono, że pochodził z Hiszpanii lub Ameryki Południowej, a w branży zwano go Sin, od hiszpańskiego sin error - bezbłędny, bo nigdy nie chybiał.

Leżał na kawałku styropianu wewnątrz hebanowej trumny, która znajdowała się w staromodnym karawanie z rzeźbionymi w mahoniu kolumnami i otwartymi bokami, jak - nie przymierzając - stylowe, wiktoriańskie łoże. Silnik zagrzał się na zatłoczonych ulicach Hongkongu i gdy przejeżdżali przez kutą bramę cmentarza, z chłodnicy buchnęła para. Kierowca skręcił na trawnik. Karawan zakołysał się na krawężniku i wolno potoczył po pochyłości.

Sin odsunął ruchomą deskę trumny. Z zewnątrz otwór przystawiały sztuczne lilie plastikowego wieńca. Popatrzył na równe rzędy kamiennych nagrobków na zboczu i gdy w polu widzenia pojawił się świeżo wykopany grób, zastukał dwukrotnie w wieko, dając znać kierowcy, że już. Do mogiły znajdującej się w połowie wzgórza było nie więcej niż sto metrów. Dwóch pracowników cmentarza układało właśnie płaty plastikowej, zielonej darni na czerwieniejącej w słońcu i połyskującej rosą ziemi.

Zapiszczały resory, karawan zakołysał się, gdy zwalisty, skośnooki kierowca wygramolił się z szoferki. Wyciągnął z kieszeni szwajcarski składany nóż wojskowy i jednym ruchem przebił gumę w lewym przednim kole. Niespiesznie obszedł pojazd, po czym ze schowka obok trumny wyjął podnośnik i klucze. Wyciągniętym ku górze kciukiem dał znak Sinowi, że wszystko jest w porządku. Zdjął uszkodzone koło i zaczął toczyć je w stronę cmentarnej bramy.

Pogrzeb Mai'sin Jasmine Li, wnuczki sir Philipa Li, zaczął się trzy godziny później. Był piątek. Powietrze parne, jak zawsze gdy zaczynała się pora tajfunów. Ceremonię prowadził biskup obrządku episkopalnego. W sprawozdaniach prasowych zastanawiano się później, czy uroczystość oznaczała kres najbrutalniejszej wojny na szczycie hongkongijskiej finansjery, czy tylko zawieszenie broni. W pogrzebie wzięło udział dwóch głównych przeciwników: sir Philip Li - co było oczywiste - oraz Wong Fu - co było absolutnym zaskoczeniem, różniło ich bowiem wszystko: interesy, pochodzenie, a nade wszystko sposób postępowania.

Sir Philipa Li szanowano jako seniora starej finansjery w Hongkongu. Należał do tych, którzy uważają, że majątek i pieniądze to nie tylko przywileje, ale także obowiązki wobec

społeczeństwa. Zasiadał więc w radach wielu fundacji dobroczynnych, zabierał głos na temat przyszłości kolonii i brał udział z ramienia rządu brytyjskiego w negocjacjach z Pekinem w sprawie przekazania władzy. (W 1997 roku - jak wiadomo - upływa termin brytyjskiej dzierżawy Hongkongu i dawny klejnot Korony przejmie Chińska Republika Ludowa). Zapraszano go na posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Senatu Stanów Zjednoczonych i zasiadał w Komitecie Doradczym Banku Światowego ds. Azji.

Interesy swego imperium prowadził w tradycyjnym, paternalistycznym stylu. O jego dobroci i uprzejmości opowiadano legendy: fundował stypendia, by nie marnował się jakiś obiecujący talent, wysyłał czek do szpitala, gdy trzeba było pokryć koszty czyjegoś leczenia. Takimi czynami zyskał sobie większą wdzięczność ludzi niż dużymi sumami pieniędzy, które przelewał na konta fundacji dobroczynnych. Dziesiątki wiązanek i wieńców pokrywających grób były bardziej wyrazem wdzięczności wobec sir Philipa niż hołdem dla zmarłej wnuczki.

Ceniono go także za działalność na polu kultury. Za młodu studiował literaturę francuską w Oksfordzie, w Princeton zrobił dyplom z ekonomii i w obu uczelniach ufundował katedry sinologii. Zasiadał w radzie powierniczej Opery Królewskiej. Hojnie łożył na nowojorską Metropolitan Opera. Powiadano, że jego kolekcja szkła i jedwabnych kobierców modlitewnych nie ma sobie równej w świecie.

Mówił znakomicie po francusku i hiszpańsku. Wiele podróżował - przyjmowano go w pałacach prezydenckich i urzędach premierów, witano na uniwersytetach. Z równą swobodą poruszał się w świecie polityki, co i wśród światowej elity intelektualnej. Cieszył się zaufaniem swoich kolegów finansistów, którzy cenili jego zdanie. Nikogo więc nie dziwiło, że w uroczystości pogrzebowej wziął udział sir Euan Wiley, prezes zarządu Cairns Oliver. Był to subtelny dowód powiązań sir Philipa z wielkim zagranicznym hongiem.

W przeciwieństwie do sir Philipa Li, zawsze tajemniczy Wong Fu reprezentował tzw. nowe pieniądze. Jego szanghajski akcent zdradzał dość skromne pochodzenie, choć niczego nie można było powiedzieć z całą pewnością. O wszystkim, co tyczyło osoby Wong Fu, mówiono „podobno”. Podobno więc nosił tradycyjne, chińskie nakrycie głowy, podobno zawsze korzystał z tłumacza w czasie oficjalnych konferencji i podobno kierował swoim imperium za pomocą telefonu oraz grupki zaufanych osób i niemal nigdy nie opuszczał swego apartamentu na ostatnim piętrze wieżowca Wong Fu przy prestiżowej Connaught Road. Jedno tylko wiedziano z całą pewnością - nie znosił fotografów, czego dowodem były setki roztrzaskanych przez jego goryli aparatów należących do tych, którzy podjęli ryzyko licząc, że się uda. Jednak zdjęcia Wong Fu nie znajdziecie w żadnej agencji, żadnej firmie prasowej i w ogóle nigdzie. Dzięki temu tajemniczy Wong Fu mógł poruszać się po Hongkongu nie

obawiając się, że zostanie rozpoznany. I oto teraz przybył na pogrzeb wnuczki swego rywala! Wszyscy Wyciągali szyje, żeby zajrzeć do jego mercedesa, gdy nieliczna grupka żałobników, których zaproszono do udziału w ceremonii, udawała się na cmentarz.

W oczach gapiów, którzy zgromadzili się przed bramą, kawalkada samochodów wiozących wielkich i szlachetnych, czy raczej - co będzie ściślejsze - wielkich i potężnych, przypominała paradę gwiazd przed rozdaniem Oscarów. Zapewne współczuli sir Philipowi, ale zmarła nie budziła żadnych emocji. Urodziła się i wychowała w Stanach Zjednoczonych, tu, w Hongkongu, nikt jej nie znał, a wypadek samochodowy, w którym straciła życie, wyglądał jak setki innych, więc niewiele o nim mówiono. Prawda tymczasem była znacznie bardziej skomplikowana i okrutna, niż można by to sobie wyobrazić.

1

Siedem tysięcy wysp i wysepek wchodzących w skład Filipin rozsypało się po Morzu Południowochińskim jak paciorki z rozerwanego sznura korali. Na południe od Filipin leży wyspa Kalimatan, której północna część, Sabah, stanowi prowincję Malezji. Tędy właśnie, przesmykiem między Malezją a Filipinami, liczącym w najwęższym miejscu ledwie dwanaście mil morskich, biegnie jeden z najbardziej uczęszczanych i niebezpiecznych szlaków żeglugowych w świecie. Według danych Międzynarodowego Biura Żeglugi tu właśnie notuje się najwięcej napadów pirackich.

W mdłym świetle księżyca, za rafą osłaniającą najbardziej na południe wysuniętą część archipelagu, połyskiwał skrawek plaży, ale nawet najbystrzejsze oko nie wyłowiłoby z ciemności dwóch smukłych jak strzały, czarnych łodzi, które czekały w mroku za koralową skałą. Długie na osiemnaście metrów, szerokie na półtora mogły ciąć wodę jak brzytwy. Przed wywrotką zabezpieczały je pływaki wysunięte daleko w bok na bambusowych prętach. Dzięki potężnym silnikom nawet przy pełnym obciążeniu rozwijały prędkość czterdziestu węzłów. Wysoki brzeg zasłaniał od wiatru, rafa - od oceanicznej fali. Basligi - jak nazywano łodzie tego typu - unosiły się na gładkiej wodzie zatoki lekko jak drapieżne ptaki czyhające na ofiarę - piękne, lecz wróżące śmierć.

Załogę każdej łodzi stanowiło osiemnastu Filipińczyków, muzułmanów z plemienia Badjao. Wszyscy byli niscy i drobnej budowy. Teraz przekomarzali się z cicha, oczekując na sygnał rozpoczynający polowanie na ofiarę. Inaczej Chińczycy. Było ich czterech. Milczeli i w ogóle zachowywali powagę, jak przystało na zawodowców - specjalistów od mokrej roboty. Wszyscy byli dłużnikami Wong Fu, najbogatszego spośród tych, którzy przybyli do Hongkongu po upadku Czang Kaj - szeka i jego Kuomintangu w Chinach. Dług do spłacenia miał cenę krwi. Ci współcześni piraci byli uzbrojeni w szybkostrzelne - dwieście pocisków na minutę - automaty Kałasznikowa model 47. Mieli także noże - ostre jak lancet barongi, a dwóch z nich dodatkowo po kilka granatów przy pasach.

Najstarszy, dowódca, przykucnął przy radarze. Uważnie śledził błyszczący punkt na ekranie. Trzytysięcznik w dziewiczym rejsie z Korei Południowej do Davao na Filipinach i dalej do Singapuru był ich celem.

Motorowiec Ts'ai Yen miał sto metrów długości i dwadzieścia w najszerszym punkcie kadłuba. W ładowniach miał miejsce na dwa tysiące ton drobnicy. Diesle firmy Mann gwarantowały szybkość osiemnastu węzłów. Był to jednak dziewiczy rejs frachtowca i

główny mechanik oszczędzał maszyny, zredukował więc obroty do dwóch trzecich. Ts'ai Yen niósł filipińską banderę. Armator - South Asia Sail & Steam Ship Company - zarejestrował frachtowiec w Manilii i nazwa stolicy Filipin widniała na rufie jako port macierzysty, choć w rzeczywistości statek był najnowszym nabytkiem towarowo - pasażerskiej floty sir Philipa Li z Hongkongu.

Załoga liczyła ośmiu filipińskich marynarzy, kapitan pochodził z Chorwacji, pierwszy oficer z Seszeli, drugi z Hongkongu, a pierwszy i drugi mechanik legitymowali się paszportami z Tajwanu. W przesmyku między Kalimatanem a Filipinami było tłoczno jak na autostradzie. Radar sygnalizował obecność trzydziestu dwóch innych statków, więc kapitan z pierwszym oficerem nie schodzili z mostka. Drugi oficer, wysoki młody Chińczyk, stał w cieniu szalupy ratunkowej i obserwował jedyną pasażerkę w tym rejsie - pannę Jasmine Li.

Jasmine - czy jak ją zwano w rodzinie i wśród przyjaciół Jay - liczyła sobie dwadzieścia dwa lata. Była jedyną córką Petera Li, młodszego z synów sir Philipa, naturalizowanego, podobnie jak jej matka, obywatela USA. Rodzice nie żyli, zginęli z rąk przypadkowych rabusiów w Waszyngtonie i dziadek zażyczył sobie, aby Jay zamieszkała w Hongkongu. Rodzina matki, jak również małżonka sir Philipa przekonali jednak seniora, aby Jay najpierw ukończyła naukę w Stanach. Zapisano ją więc do ekskluzywnej szkoły prywatnej w pobliżu Waszyngtonu, w której przygotowywała się do studiów wyższych, specjalizując się w sztuce pisarskiej. Po maturze chciała wstąpić na uniwersytet stanowy w Idaho, ale sir Philip był zdania, że jeśli już, to powinna raczej wybrać prestiżową, żeńską uczelnię, jak na przykład Wellesley albo Bennington. Nie odważyła się sprzeciwić i zapisała się do Wellesley - żeńskiego Harvardu, gdzie zresztą spotkała większość przyjaciółek ze szkoły. Obecnie sir Philip uznał, że czas wydać ją za mąż. Szukał odpowiedniej partii wśród młodych chińskich spadkobierców wielkich fortun Hongkongu. Z dyskretnych uwag babki Jay dowiedziała się, że sporządzono już nawet listę ewentualnych kandydatów. Osobiście nie życzyła sobie żadnego z nich.

Stała przy burcie i wpatrywała się w fosforyzujące w świetle księżyca fale. Przez całe życie zawsze ktoś czuwał, by nie zrobiła jakiegoś niewłaściwego kroku. I choć morze kojarzyło jej się z wolnością i swobodą, także teraz miała swojego anioła stróża - młodego oficera, który dyskretnie wtapiał się w cień szalupy ratunkowej.

Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie powiedzieć mu, żeby wreszcie zostawił ją samą. Zrezygnowała, wiedząc, że to i tak nic nie da. Owszem, usłyszy kilka uprzejmych słów, zapewne jakieś przeprosiny, niewykluczone, że mężczyzna odejdzie parę kroków, spuści na chwilę wzrok, ale nadal będzie czujnie penetrował wszystko dookoła.

Bez słowa odwróciła się i nie zważając na młodego oficera zeszła pod pokład, do kajuty. Zajmowała kabinę właśnie drugiego oficera, zakładając, że człowiek, który jej pilnował, był rzeczywiście marynarzem. Na czas rejsu przeniósł się on do mesy i tam sypiał na sofie, jeśli w ogóle sypiał w tym rejsie.

Kabina była niewielka. Koja zajmowała całą przestrzeń pod jedynym iluminatorem, a wąski stolik z szufladami musiał być i biurkiem, i toaletką. Umeblowania dopełniało składane krzesło oraz szafa w ścianie. W małej łazience znajdowała się morska toaleta, prysznic i umywalka.

Komputer typu laptop stał na stole. Ts'ai Yen wyposażono w najnowsze urządzenia przeładunkowe i nawigacyjne, a Jay miała przygotować dla popularnego magazynu serię artykułów z dziewiczego rejsu tego nowoczesnego frachtowca. Postanowiła pisać codziennie co najmniej kilka stron, ale na razie stworzyła tylko ze dwieście wersji wstępu i nic więcej. Popatrzyła w lustro, jakby tam szukała natchnienia.

W szkole i na uczelni zazdroszczono jej pewności siebie. Wszystko to zmieniło się jednak, gdy znalazła się w Hongkongu. Zaraz w pierwszym tygodniu jej pobytu, w czasie lunchu w restauracji Gabbiego w hotelu „Na Półwyspie” - ci, co znają Hongkong, potwierdzą, że nie ma lepszego lokalu - babka ostrzegła ją, że ma uważać na siebie, bo wszystko rzutuje na opinię o rodzinie: na przykład to, jak się nosi i ubiera na ulicy czy na korcie tenisowym, na basenie, czy wreszcie na jachcie. Właśnie - wyprawy jachtem na zatokę to uświęcona tradycją niedzielna rozrywka starej arystokracji. A wyprawa polegała na tym, że dwie, trzy luksusowe motorówki - każda z dziesięcioosobową załogą w wykrochmalonych uniformach - cumowały obok siebie niedaleko brzegu, pasażerowie składali sobie wizyty i zasiadali do tradycyjnego mah jonga. Plansze i kości do gry byłyby ozdobą niejednego muzeum chińskiej sztuki zdobniczej.

Dotychczas Jay znała zupełnie inne przejażdżki jachtem - bryzgi fal, ostrą żeglugę na wiatr, w otwartej łodzi, tam gdzie Atlantyk obmywa brzegi stanu Massachusetts. Gdy z kolegami wyczerpani wracali do przystani, czekała na nich najwyżej gorąca kawa z termosu. W Ameryce, po żeglarskiej wyprawie zasiadało się na plaży przy ognisku i piekło steki. Tu zaś, w Hongkongu, zawsze czekała armia kucharzy z pomocnikami i mnóstwem najwyszukańszych dań. Noce na plaży w Massachusetts bywały namiętne. W Hongkongu zawsze trzeba pamiętać, „co ludzie powiedzą”.

Ale Massachusetts też miało swoje tajemnice - myślała Jay wspominając rodziców jej przyjaciół. Nie wywieszano co prawda ostrzegawczych napisów na nadmorskich willach, ale i tak wiadomo, że ich progi są za wysokie dla Żydów i dla tych, którzy nie należą do

towarzystwa. Jay należała. Była wnuczką sir Philipa, chrześcijanką, dziedziczką statków, farm i banków.

Tak, Massachusetts to był jej świat i tam czuła się u siebie. Mogła być córką Richarda Smitha - banki i stal.

Albo banki i węgiel.

Lub banki i inne surowce bądź gałęzie gospodarki.

Ale nade wszystko banki. Bank to paszport, karta wizytowa, zwłaszcza jeśli jest szacowny, wiekowy, a pieniądze duże, jak bank sir Philipa Li, którego prapradziadek zaczynał ongiś W Makao, kredytując szkockich kupców opium, Jacka Cairnsa i Matthew Olivera. Gdy zaś na początku wojny opiumowej Lin Tse - hsu, Wysoki Komisarz Jego Wysokości cesarza Chin, nakazał w 1839 roku konfiskatę ich towaru, prapradziadek Li pośpieszył z pożyczką, a później sfinansował przenosiny szkockich firm do Hongkongu.

Cairns Oliver, Jardine Matheson, Swires - to były największe europejskie domy handlowe w Chinach. W miarę upływu lat potężniały one, obrastały w majątek i wpływy, aż stały się międzynarodowymi koncernami z akcjami notowanymi na pięciu najważniejszych giełdach, od Nowego Jorku, po Frankfurt i Tokio. Firma Li natomiast miała tylko jednego akcjonariusza. Był nim sir Philip.

Patrząc w lustro, Jay zadumała się nad przyszłością. Firma Li zawsze będzie miała tylko jednego akcjonariusza. Następnym będzie właśnie ona, jeśli oczywiście pozostanie w rodzinie. Inaczej zresztą być nie może. Nawet jeśli wyjdzie za mąż, pozostanie przede wszystkim wnuczką sir Philipa. Była jego własnością, klejnotem. Tak było i tak będzie, i nie ma o czym mówić.

Rozpięła zamek błyskawiczny. Pod jedwabnym dresem kryło się jędrne, szczupłe, chłopięce niemal ciało, z ledwo tylko zaznaczonym, ale apetycznym biustem - efekt wielu godzin na korcie. Piłki odbierała oburącz, nie było więc widać różnicy w umięśnieniu lewego i prawego ramienia. Krótkie włosy odsłaniały uszy. Nos miała zgrabny, oczy szeroko rozstawione, wyraźną szczękę - mogła się podobać nie tylko w Chinach. Tę atrakcyjną sylwetkę i miłą aparycję także odziedziczyła po przodkach, jak wszystko w życiu.

Przed wyjazdem ze Stanów słyszała pogłoski, że dziadek wpadł w kłopoty finansowe. Mówiono, że licząc na rychłe zakończenie recesji, zaczął sporo inwestować na londyńskiej giełdzie nieruchomości. Powiadano, że w grę wchodziły miliardy dolarów. Kupował co prawda tanio, ale oczywiście na kredyt i podobno wpadł w pułapkę zadłużenia. Krótko mówiąc - przeinwestował. W fachowej prasie pojawiły się wzmianki, że będzie musiał renegocjować zadłużenie, a tu i ówdzie spekulowano nawet na temat bankructwa. Pisano, że

sir Li nie rozumie współczesnych realiów, że jest staromodny i powoływano się na podobne przykłady upadku starych firm.

Jay była innego zdania. Dobrze znała dziadka, wiedziała, że nie jest ryzykantem. Miał swoje zasady i nigdy ich nie zmieniał. Ubierał się w szare, flanelowe garnitury, wieczorem do obiadu wkładał granatowy lub czarny smoking. Uważał, że biały mogą nosić tylko muzycy, kelnerzy i służba. Jay uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze - taki człowiek z pewnością nie ryzykował.

Zastanowiła się nad własnym stosunkiem do dziadka. Trudno powiedzieć, żeby go kochała. Kochać można ludzi, a sir Philip ucieleśniał władzę, moc i potęgę. Nie, władzę się szanuje, podziwia. Władza budzi strach, jest groźna jak wulkan, który oglądała z pokładu kilka godzin wcześniej. Można tę energię wykorzystać, ale jeśli się jej nie ujarzmi, staje się potężnym czynnikiem destrukcyjnym.

Księżyc skrył się za chmurami. Na tle mrocznego nieba i ciemnego jak grafit morza światła na burtach i masztach Ts'ai Yen jaśniały tak wyraźnie, że nie był już potrzebny wykrywacz. Cel widać było gołym okiem. Łodzie piratów wypłynęły zza rafy i teraz czekały dokładnie na kursie frachtowca. Nocą dźwięk niesie się po wodzie, więc nawet Filipińczycy zamilkli. Ciszę przerywały tylko uderzenia fal o smukłe burty i daleki jeszcze łoskot maszyn Ts'ai Yen. Na północy horyzont rozświetlał pomarańczowy odblask wulkanu, a wiatr aż tutaj przyniósł słaby zapach siarki, łodzie zaś czuć było zdechłą rybą i olejem kokosowym.

Ruszyli. Kilwater za smukłymi kadłubami połyskiwał w mroku jak rój świetlików. Łodzie rozdzieliły się. Zajęły miejsca po obu stronach toru, środkiem którego płynął Ts'ai Yen. Między sobą rozciągnęły zwój mocnej, nylonowej liny, jakby rzuciły sieć, w którą zaraz wpadnie zdobycz.

Tak też się stało. Frachtowiec zahaczył o linę, pociągnął i basligi przylgnęły do burt statku pod nawisem kadłuba, poza zasięgiem wzroku wachty w sterówce. Wprawne ręce wyrzuciły w górę kilka lin z kotwiczkami i w mgnieniu oka pierwsi piraci znaleźli się na pokładzie. Ubranych na czarno i bosych nie można było zauważyć w ciemnościach. Bez słów podzielili się na dwie grupy i pod wodzą Chińczyków ruszyli w milczeniu wzdłuż burt ku trapom prowadzącym z głównego pokładu na mostek. Tam zatrzymali się na chwilę i na sygnał - cichy, ledwie słyszalny gwizd - wdarli się z obu stron do sterówki.

Kapitan - wysoki, siwy, postawny mężczyzna, sięgał właśnie po kubek z kawą, gdy trzy kule z kałasznikowa trafiły go w serce. Pierwszy oficer zginął od jednej kuli. Statek szedł pod automatycznym pilotem. Sternik, który przez lornetkę obserwował horyzont, padł na kolana i wzniósł ręce do góry w błagalnym geście. Ponieważ polecał się Bogu chrześcijan,

wyznawcy Mahometa nie mieli dla niego litości. Pierwszą kulę dostał w nogi, sześć następnych wymierzono w kręgosłup, żeby bardziej cierpiał, i dopiero ostatnia kula, w czoło, położyła kres męce.

Drugi oficer odpoczywał w mesie. Na odgłos strzałów zerwał się z sofy. Z kabury, którą ukrywał na łydce, nad kostką, wyciągnął broń - Colt, kaliber .9, automat. Uchylił drzwi na korytarz i zobaczył dwóch Chińczyków z kałasznikowami. Pierwszy kopnięciem wyważył drzwi do kabiny kapitana, drugi ubezpieczał go z tyłu. Gdyby Lu próbował teraz przyjść pannie Jay z pomocą, zginąłby natychmiast.

Zatrzasnął więc drzwi do mesy i przekręcił zasuwkę. Miał najwyżej dziesięć sekund i ani chwili więcej. Domyślał się, że piraci wdarli się na pokład od rufy. Pozostawała więc tylko jedna droga. Otworzył iluminator, który wychodził na wąskie przejście przy burcie, tuż pod mostkiem nawigacyjnym. Był pewien, że piraci zostawili straż na pokładzie, zakładał, że tylko jednego człowieka.

Złapał kolta w zęby. Rękami chwycił się rury pod sufitem i nogami do przodu wyskoczył przez iluminator na pokład. W momencie lądowania miał już broń z powrotem w ręku. Przykucnął i pewnie dlatego pierwsza seria z automatu przeszła bokiem. Też strzelił. Nie liczył, że trafi, chciał tylko zyskać sekundy, żeby się dostać na pokład dziobowy. Udało się. Wsparł się jedną ręką o reling, strzelił jeszcze raz i wprawnie, jak nawykły do gimnastyki na przyrządach zawodnik, przeskoczył przez burtę. W ułamku sekundy dojrzał jeszcze pod sobą kadłub łodzi, która przylgnęła do statku. Jak na światłoczułym filmie zanotował, że burty i wnętrze basliga pomalowano na czarno. Jaśniejsze, bo szare, były tylko wręgi oddzielające przedział silnikowy na rufie i półpokład na dziobie. W powietrzu zwinął się w kłębek, chroniąc głowę między ramionami. Spadł na bambusowy wysięgnik, który łączył pływak z dziobem łodzi. Usłyszał jeszcze trzask łamanego drewna i pogrążył się w wodzie. Mocno pracował rękami i nogami, aby jak najdalej odpłynąć od statku. W tej chwili bał się nie tyle piratów, ile śmiercionośnego wiru, który zawsze się tworzy wokół pracującej śruby. Gdy się wynurzył, światła Ts'ai Yen rozmazywały się już w oddali. Nikt go nie ścigał. Był sam. Sam na oceanie.

Jay także usłyszała strzały. Przez chwilę nie była pewna, czy śniła, czy rzeczywiście coś się stało. Seria na korytarzu potwierdziła, że to nie sen, a kolejne na pokładzie przeraziły ją śmiertelnie. Nie ucichło jeszcze echo strzałów, gdy usłyszała trzask wyłamywanych drzwi do kabin kapitana i pierwszego oficera. Ta ostatnia była tuż obok. Jay skuliła się na koi, wcisnęła w róg unosząc koc wysoko pod brodę. Nie była w stanie myśleć. Znieruchomiała, jakby z obawy, że najmniejszy ruch przekona ją jednak, że to nie sen. Nie ruszyła się nawet,

gdy zamek ustąpił z trzaskiem i do kabiny wdarło się dwóch Chińczyków w czarnych, bawełnianych trykotach pod szyję i drelichowych, ciemnych, luźnych spodniach.

Pierwszy z nich, dowódca, zerwał z niej koc.

- Mamy ją - krzyknął.

- Wygląda jak chłopak - zachichotał jego towarzysz.

- No to zajmiemy się nią po męsku - przerwał dowódca, łapiąc ją za włosy.

Zawyła z bólu i paznokciami wpiła się w twarz napastnika. Czy tak samo zrobiłaby we śnie? We śnie strach paraliżował, na jawie kazał się bronić.

Chwila świadomości była jednak krótka. Zaatakowany wymierzył jej cios w szczękę. Straciła przytomność. Prześladowcy owinęli ją w prześcieradło i jak worek wynieśli na pokład. Tam zameldowano o ucieczce - ktoś zdołał wyskoczyć za burtę. Do pilnowania pokładu wyznaczeni byli dwaj Badjao i obu, nie rozstrzygając, który z nich zawinił, szef przywołał do siebie. Podeszli potulnie. Kazał im stanąć przy relingu i spojrzeć w morze. Wykonali polecenie bez słowa. Oddał dwa strzały, po czym ciała przerzucił przez burtę.

- Tak jak was ostrzegałem - zwrócił się do pozostałych Filipińczyków - za robotę najwyższa stawka, za błąd najwyższa cena.

Nie czekał na reakcję. Pobiegł na mostek, a tymczasem jego towarzysze spuścili spętaną Jay do jednej z łodzi. Na mostku herszt piratów kolbą karabinu unieruchomił radio, a następnie zmienił kurs w automatycznym pilocie, kierując statek w bok od uczęszczanego szlaku. Maszyny nastawił na całą naprzód i wyłączył światła nawigacyjne. Odpiął od paska i uruchomił mininadajnik radiowy.

2

Urzędujący dyrektor Clean Construction Timber Company - firmy drzewnej w Davao City na wyspie Mindanao, największej w południowej części Archipelagu Filipińskiego - wszedł do gabinetu na ostatnim piętrze biurowca tuż przed wschodem słońca. Odbiornik radiowy na biurku nastrojony był na częstotliwość nadajnika na pokładzie Ts'ai Yen. Sygnał zabrzmiał dokładnie o 4.21. W chwilę później dyrektor włączył faks i do biura firmy w Hongkongu przesłał kilka dokumentów: plan wyrębu na najbliższy tydzień i sprawozdanie finansowe za zeszły miesiąc.

Tam budynek firmy znajdował się na zapleczu drewnianego nabrzeża, dzierżawionego na wyłączność przez Clean Construction. Trwał właśnie wyładunek mahoniu z Filipin. Bale przywiózł poprzedniego dnia drewnowiec ze znakami armatorskimi Wong Fu. W biurze od kilku godzin czuwał kierownik - siostrzeniec właściciela. Cały zresztą personel Clean Construction składał się z bliższych i dalszych kuzynów Wong Fu. Co się tyczy siostrzeńca, to wyciągnięto go z Szanghaju w ostatnich latach rewolucji kulturalnej.

Najpierw starannie skopiował wszystkie dokumenty. Oryginały faksów umieścił w odpowiednich teczkach, kserokopie wsunął w plastikowe koperty i wyszedł na zewnątrz. Choć dzień dopiero miał się zacząć, powietrze było parne, gorące, aż gęste od wyziewów okrętowych silników, od morskiej soli, odoru gnijących ryb, żywicy i zapachu świeżo piłowanego drewna.

W żółtym świetle rtęciowych lamp uwijali się dokerzy: mali skośnoocy mężczyźni o stalowych mięśniach. Z góry dobiegały pokrzykiwania brygadzistów. Piszczały dźwigi, zawodziły syreny, terkotały motory podnośników, szumiały tartaczne piły.

Kierownik obszedł budynek biura i skierował się na zaplecze, między rzędy równo pociętych desek, ku furtce, o której mało kto wiedział. Wyszedł na ulicę, pełną o tej porze furgonetek z zaopatrzeniem, ciężarówek z towarem i dziesiątków rowerzystów. Jedni śpieszyli na pierwszą zmianę, inni wracali do domu po nocnej pracy. O tej porze samochód zwracałby uwagę.

Kierownik szedł więc piechotą. Zagłębił się w wąskie portowe ulice, między domy, których drzwi nigdy nie zamykano w nadziei, że bryza od morza rozpędzi stęchłe powietrze ludzkiego mrowiska. Zaczynający się dzień wywiódł już na ulice właścicieli straganów z zieleniną, stoisk z rybami i wszystkim, co morze oferuje. W powietrzu unosił się zapach rozpalanego węgla drzewnego. Na dziesiątkach piecyków szykowano gorące jedzenie: miski

białego ryżu, skrawki ryb w sosie, opiekane skrzydełka kurcząt, pulchne pierożki gotowane na parze i krewetki suto przyprawione imbirem i czosnkiem.

Z warsztatów dochodził zgrzyt tokarek i syczenie lutownic, przez które przebijał się odgłos pracy wtryskarek, w powietrzu zaś czuć było rozgrzany plastik.

Na Connaught Road też zaczynał się dzień. Maklerzy i agenci giełdowi, urzędnicy z banków i firm handlowych śpieszyli, by nie przegapić notowań dnia, które przekazywano z Nowego Jorku. Połyskujący kryształowymi szybami w odcieniu jasnego błękitu wieżowiec Wong Fu miał trzydzieści pięter. Kierownik wszedł drzwiami dla personelu, minął umundurowanego strażnika i za pomocą karty magnetycznej uruchomił prywatną windę, która zatrzymywała się dopiero na ostatnim piętrze. Wewnątrz była zainstalowana wideokamera. Na trzydziestym piętrze czekał już agent z osobistej ochrony Wong Fu, który poprowadził go wąskim korytarzem ku bogato zdobionym, antycznym drzwiom. Pochodziły one z trzynastowiecznej chińskiej warowni, a wyszukał je osobisty architekt Wong Fu. Na polecenie doradcy do spraw bezpieczeństwa zostały przepołowione i w środek wstawiono trzydziestomilimetrową stalową płytę.

Drzwi otwierały się tylko od wewnątrz. Wong Fu stał za wielkim, krytym różowym marmurem biurkiem z wmontowanymi pięcioma monitorami TV, przez które łączył się stąd z całym światem. Był to wysoki mężczyzna o wyraźnych, ostrych rysach, krótkiej szyi, szerokich barach i mocnej jak u zapaśnika klatce piersiowej.

Na starannie wygolonej głowie widniała podłużna blizna, która zaczynała się parę centymetrów nad prawym łukiem brwiowym i biegła wyraźną kreską aż ku lewej małżowinie. Blizny znaczyły również prawą dłoń. Ręce miał potężne, o grubych palcach - pozostałość po latach, gdy młotem i cęgami zarabiał w kuźni na utrzymanie. Nie ukrywał tego, przeciwnie - podkreślał przeszłość. Na sobie miał skromne, robociarskie ubranie, pod nim jednak bogatą, jedwabną koszulę w kolorze bordo i różowy krawat tkany w delikatny wzór. Jedwabne były także skarpetki. Obuwie - włoskie, z najdelikatniejszej skóry. Całości dopełniał ciężki złoty sygnet ozdobiony zielonym jadeitem i szwajcarski zegarek firmy Patek Philippe na splecionej ze złotych nitek bransolecie.

Czarne szeroko rozstawione oczy spoglądały przenikliwie. W jego postawie było coś nieuchwytnego, czujnego i groźnego zarazem, coś co kojarzyło się z tygrysim sprytem, ale i zwierzęcym okrucieństwem.

Wziął kopertę z dokumentami i gestem dał znak, że audiencja skończona. Gdy siostrzeniec wyszedł, Wong Fu podszedł zamyślony do okna. Wyszukał wzrokiem wieżowce należące do Philipa Li. Jakże go nienawidził! Nienawidził wszystkich właścicieli starych

majątków za los, który dla nich był łaskawszy, za wykształcenie, jakie odebrali, wytworne słownictwo, jakim się posługiwali, wrodzoną elegancję i kulturę, której on, Wong Fu, ani nie chciał, ani nie potrafił przejąć.

Urodził się w czasach japońskiej okupacji. Natura obdarzyła go wyjątkową siłą fizyczną, więc już jako młody chłopak budził respekt i strach. Siła też była pierwszym narzędziem, którego się chwycił budując swoją przyszłość. Zaczynał w czasie zmagań komunistów z wojskami Czang Kaj - szeka. Nie interesował się polityką, ale miał dość sprytu, by uznać, że wojna domowa to wyjątkowa okazja zdobycia tego, czego pragnął najbardziej. Zaczął więc łupić bogaczy, wiedząc, że w wojennym zamęcie nikt nie będzie ścigał przestępców. Stanął na czele pięcioosobowej bandy, mordował i kradł. Nie interesowały go pieniądze. Rabował dzieła sztuki, antyki, oceniając, że są warte więcej niż brylanty i złoto. Zakładał też, że w rewolucyjnym zamieszaniu nikt nigdy nie dojdzie ich pochodzenia.

Nie przystał do żadnej z triad - gangów, które wtedy działały w Chinach. Od początku liczył tylko na siebie. Plan zaś miał prosty: zgromadzić tyle, ile się da, a następnie zbiec do Hongkongu. Zrabowane dzieła sztuki były kapitałem, który zamierzał pomnożyć.

Gdy przyszła pora, wraz ze swą bandą uprowadził rybacką dżonkę i zmusił załogę do wzięcia kursu na Hongkong. Co się stało na morzu, wie tylko Wong Fu, bo jedynie on dotarł do celu. O wspólnikach i rybakach nikt więcej nie słyszał. Papiery mieszkańca Hongkongu nie są problemem dla kogoś, kto nie dba o cenę. Wong Fu nie dbał. Działał jednak ostrożnie i z namysłem. Przez pół roku oswajał się z miastem, pracując w starym, kowalskim fachu, a gdy uznał, że nadszedł już czas, wziął najmniej cenny przedmiot i udał się do upatrzonej firmy antykwarycznej. Wkrótce stał się cenionym dostawcą. Kolekcjonerzy - jak przewidywał - nie zadawali zbędnych pytań. Płacili tyle, ile im dyktował. Tak było, nim dotarł do sir Philipa Li, a musiał się do niego udać, bo wiedział, że tylko ten człowiek potrafi docenić najwartościowsze okazy.

Wong Fu spodziewał się, że zostanie powitany z honorami. Liczył, że kontakt z sir Li otworzy mu drogę na szczyty. Do spotkania przygotował się starannie. Biletem wizytowym miały być najrzadsze antyki, prawdziwe klejnoty starożytnej sztuki. Nie docenił jednak znawstwa sir Li i nie pojął żelaznych zasad, od których arystokrata nigdy nie odstępował. Majordomus odesłał go do wejścia dla służby, skąd został skierowany do przybudówki, gdzie czekał na niego sir Li. ' Przedmioty, które Wong Fu zamierzał sprzedać, leżały na czarnym aksamicie. W pomieszczeniu było mroczno, a nisko zwieszona ampla oświetlała tylko stół. Sir Philip Li trzymał się w cieniu, gdy pałeczką z kości słoniowej pokazywał poszczególne przedmioty, objaśniając ich historię, pochodzenie i wymieniając nazwiska kolejnych

właścicieli, a ponadto przytaczając okoliczności, w których uznano je za zaginione. Mówił cicho i nie podniósł głosu nawet wtedy, gdy kończąc, powiedział:

- Jest pan złodziejem i mordercą. Jest pan skończonym łajdakiem. A teraz niech pan bierze swój łup i zabiera się stąd!

W jednej chwili wszelkie nadzieje Wong Fu zostały przekreślone. Zrozumiał, że tą drogą nigdy nie wejdzie na szczyt. Co gorsza, sir Philip zawiadomił rodziny prawowitych właścicieli, których Wong Fu kiedyś okradł i zamordował. Krótko mówiąc, Wong Fu został zdemaskowany i od tej chwili musiał liczyć się z zemstą. To wyjaśnia stalowe drzwi, osobistą ochronę i wszelkie środki ostrożności.

Jak zawsze, gdy przypominał sobie upokorzenie, którego doznał od sir Philipa, blizna na czaszce spurpurowiała. Tym razem jednak nie był bezsilny. Stary arystokrata popełnił błąd i wpadł w sidła, z których on, Wong Fu, już go nie wypuści. Spojrzał na monitory komputerów, żeby jeszcze raz sprawdzić, czy pułapka jest zamknięta, a wróg osaczony.

Wedle tego, co zobaczył na ekranach, zadłużenie sir Philipa Li wynosiło prawie trzy miliardy funtów szterlingów. Dwukrotnie już przekraczał terminy spłat. Za każdym razem o parę ledwie dni, ale jednak. I teraz też od trzydziestu sześciu godzin zwleka ze spłatą dwunastu milionów dolarów odsetek należnych jednemu z banków. Od dłuższego czasu agenci Wong Fu dyskretnie informowali kogo trzeba o kondycji finansowej firmy Li, starając się nadwerężyć reputację sir Philipa. Dotychczas jednak bez większego skutku.

W tej sytuacji Wong Fu postanowił zaatakować z innej strony. Scenariusz rozpisał na cztery akty. Pierwszy to piracki napad na Morzu Południowochińskim. Akt drugi to psychiczne unicestwienie młodej kobiety. W akcie trzecim ludzie Wong Fu „ratują” dziewczynę z rąk złoczyńców. Akt czwarty i wielki finał to konferencja prasowa, w czasie której on, Wong Fu, stojąc w świetle jupiterów, przed niezliczonymi kamerami telewizyjnymi przedstawi światu miss Jay.

Oszalała od bólu, cierpień, tortur i gwałtów, jakie jej się zada - stanie się symbolem upadku imperium sir Philipa Li, którego siłą była reputacja i zaufanie. Któż jednak zechce zaufać człowiekowi, nie potrafiącemu ochronić własnej rodziny? Tak, to będzie prawdziwy koniec wyniosłego arystokraty. Reputacja, „twarz”, godność i duma są cenione na Wschodzie najbardziej. Wystarczy usunąć jeden kamień z fundamentu, a runie budowany od pokoleń gmach, ruszy lawina, z której on, Wong Fu, bezpiecznie ukryty, będzie wyławiał co cenniejsze kąski. Gdy sir Philip utraci twarz, ci którzy powierzyli mu swoje pieniądze, zaczną wycofywać kapitał i wtedy Wong Fu będzie wykupywał ich udziały. Nie chodziło mu nawet o zysk, który może osiągnąć. Pragnął poczuć słodki smak zemsty. I o tym myślał, wyobrażając

sobie, jak samotny i opuszczony przez ludzi statek zmierza ku skałom.

Noc dobiegała końca. Z północnego zachodu wiała lekka bryza. Złota Dziewczyna - oceaniczny, piętnastometrowy katamaran, doskonałe dzieło szkutników firmy MacAlpine Downey - żwawo podążała pod spinakerem i grotem w kierunku wyspy Palawan w zachodniej części Archipelagu Filipińskiego.

Dwa aluminiowe spinakerbomy trzymały wydęty jak balon żagiel. Katamaran szedł baksztagiem, więc miecze były opuszczone. Przy sterach nie było nikogo. Żeglarz zablokował rumple i zszedł do kabiny, aby sprawdzić kurs na mapie.

Kiedyś nosił nazwisko Patrick Mahoney. Przez osiemnaście lat był kadrowym agentem SIS - brytyjskich służb specjalnych. Znał obce języki i słynął z rzadkiego talentu - penetrował organizacje terrorystyczne, wnikając w ich szeregi. Pod koniec swej służby przez trzy lata działał w Irlandii. Prawdopodobnie dla jego bezpieczeństwa w przyszłości zainscenizowano napad, w którym Patrick Mahoney zginął. Tak przynajmniej uważali znajomi uczestniczący kilka dni później w ceremonii pogrzebowej w South Armagh. Padał deszcz, gdy trumnę składano do ziemi, a miejscowy pastor poświęcał kamienny nagrobek śp. Patricka Mahoneya. Nikt nigdy nie sprawdził, czyje zwłoki znajdują się na przykościelnym cmentarzu. Wtedy to narodził się Trent. Takie właśnie nazwisko widniało w brytyjskim paszporcie właściciela katamarana i w papierach jachtu.

SIS tymczasem „wypożyczało” Trenta „kuzynom” w Ameryce, zwłaszcza gdy ci planowali „mokrą robotę”, której zabraniał Kongres. Po zakończeniu zimnej wojny niektóre szczegóły przedostały się do opinii publicznej, gdy Trenta wezwano na przesłuchanie w jednej z wysokich komisji Senatu USA. To, co wtedy opowiedział, zyskało mu licznych wrogów, szczególnie w bardziej konserwatywnych kręgach wywiadu i służb specjalnych tak w Waszyngtonie, jak i w Londynie. Reszta też miała go za odszczepieńca. A jeszcze inni - ci, których demaskował i zwalczał - terroryści wszelkiej maści - uznali go za wroga numer jeden i rozpoczęli polowanie. Trent o tym wiedział, więc się pilnował. Zawsze zresztą się pilnował. Cenił sobie ostrożność - cechę skądinąd rzadko spotykaną w tym zawodzie.

Obfita broda i takaż czupryna ciemnych, kręconych włosów skrywały rysy i trudno było powiedzieć, ile właściwie ma lat. W rzeczywistości dobiegał czterdziestki. Był dobrze zbudowany, dbał o kondycję, a muskułów mógł mu pozazdrościć niejeden zawodnik. Na sobie miał luźną, bawełnianą wiatrówkę, a nogawki spodni od kompletu były ucięte w połowie łydek. Szortów nie nosił, bo blizny na nogach zdradzały przeszłość właściciela. Na szyi miał sznur paciorków, który przytrzymywał nóż, ukryty przed ciekawymi oczami w pochwie na karku, pod wiatrówką. Nóż został starannie dobrany i wyważony, aby móc nim

skutecznie rzucać. ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • angamoss.xlx.pl